recenzja
Comment 1

Gastrobanda

Nie lubię odwiedzać nowych restauracji. W ogóle rzadko jem poza domem, mam kilka ulubionych w najbliższej okolicy i jeszcze mniej gdzieś na świecie i koniec. Nie lubię testować na sobie umiejętności obcego kucharza i jeszcze za to płacić. Bo nigdy jeszcze się nie awanturowałem o to, że dostałem coś obrzydliwego. W ogóle brzydzę się awanturniczą krytyką kulinarną. Jajko to jajko, nie umrę, jeśli raz zjem „trójkę”, która będzie świetnie przyrządzona.

Gdy muszę iść do nowego miejsca, po prostu odczuwam stres. Tyle razy miałem ochotę zrzucić ekspres na głowę tej, która na kwadrans przed zamknięciem mówiła mi, że kawy już nie dostanę, tyle razy miałem ochotę rzucić krzesłem w tego, który mówił mi, że mogę złożyć zamówienie rzutem na taśmę, bo on za pół godziny zamyka lokal, tyle razy nie mogłem zapłacić kartą i byłem podejrzewany o to, że tak naprawdę pewnie nie mam hajsu i próbuję wyłudzić jedzenie, tyle razy byłem zmuszony jeść najbardziej pretensjonalne dania świata, tyle razy nie dało się podzielić rachunku, tyle razy musiałem tłumaczyć obsłudze, że mogła wspomnieć o tym, że pies jest problemem, ZANIM złożyłem zamówienie, tyle razy dostawałem sztućce do jedzenia dopiero wtedy, gdy zjadłem rękami i prosiłem o rachunek, tyle razy tłumaczyłem, że jeśli proszę o deser do kawy to lemoniada nie jest najlepszą z rekomendacji, jaką można usłyszeć i tyle razy mi nie smakowało, że nie chodzę, nie poznaję i nie zamierzam tego zmieniać. No chyba, że ktoś mnie gdzieś zaciągnie siłą. Albo poleci mi jakieś miejsce ktoś, komu ufam. Albo wiem, kto gotuje. Albo umieram z głodu…

Często miałem krzywdzące najpewniej nieco branżę wrażenie, że część świata gastronomii należy do i zależy od idiotów. I nagle pojawiła się książka, która mi uzmysłowiła, że to wrażenie wcale nie musiało być takie znowu krzywdzące… No dobra, może trochę wcześniej moje poczucie winy, że prawie generalizuję, uspokajała jedna kuchenna celebrytka, która odsłaniała niekiedy czeluści piekła i pokazywała najgorsze okropieństwa, jakie można sobie wyobrazić. I one były takie nawet wtedy, gdy wzięło się poprawkę na to, że to telewizja. Ale wracając do książki… Kuba Milszewski i Kamil Sadkowski zebrali wszystkie swoje obserwacje dotyczące restauracji i stworzyli „Gastrobandę”. Trochę wspomnienia, trochę reportaż, trochę beka, a trochę pojazd po wszystkich zaangażowanych. Trochę wspólnota doświadczeń. Jeśli Wy jej nie odczuwacie, przeczytajcie, zanim znowu wyjdziecie coś zjeść. Polecamy, bo trochę śmieszy, a trochę przeraża. Bardzo ciekawa lektura.

I wszystko byłoby spoko, gdyby nie kilka homofobicznych tekstów, za które chętnie nakładę autorom wałkiem po dupie.

Reklamy

1 komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s